Domowy wyrób wędlin
Pierwsze wędzenie za mną, przy czym wędzenie to ostatni etap dość długiego procesu. Przygotowanie mięsa, peklowanie z nastrzykiwaniem – dla szynki, boczku i polędwiczek ponad tydzień, dla kiełbasy 3 dni.
Problemem była temperatura, bo nie mam specjalnej lodówki. W szopie przy mrozie zrobiło się -3 – za zimno. W piwniczce ogrzewanego budynku +11 – za ciepło. W kanale blaszaka +1, na dolnej granicy. Po peklowaniu nadziewanie kiełbasy (bardzo ciekawa operacja), ociekanie, osadzanie. Przed wędzeniem 2,5 godziny dodatkowego osuszania przy małej ilości dymu i niskiej temperaturze, w końcu parę godzin wędzenia. W świetle czołówki wszystko wyglądało dość blado, zatem przetrzymałem wędzenie do 6 godzin, co okazało się czasem zbyt długim. W planie było około 2-3 godziny na kiełbasę i 4 godziny na resztę, ale tak blado wyglądało przy sztucznym świetle… Jakby było mało, na koniec parzenie.
Efekt niezły, ale nie idealny. Mięso delikatne, różowiutkie, tylko zbyt uwędzone i przez to nawet nieco kwaśnawe. Następnym razem będzie lepiej. Samą aktywność polecam, podobnie jak tymczasem z wędzarnią od Pana Kornika. O ile utrzymanie temperatury przy otwartym piecyku i daszku było dość trudne, o tyle już przy samym wędzeniu 50-60 stopni temperatura była bardzo stabilna, wystarczyło zaglądać co około pół godziny.
Niewielka wędzarnia od Pana Kornika spokojnie pomieściła około 4 kg kiełbasy i 4 kg innych wędlin. Myślę, że nawet do 10 kg dałaby radę.
Poniżej kilka fotek z przygotowywania domowych wędlin

Kiełbasy poszły na środek, szynki i boczki na skraje. Wędzarnia ma „deflektor”, umożliwiający przy okazji ukierunkowanie przepływu dymu, ale i tak zadymiona jest całość.

Rozgrzewanie sprzętu. Po przymknięciu drzwiczek i zamknięciu dachu wszystko działało jak trzeba – dym leciał tylko kominkiem.

Dwie fotki z ociekania po wyciągnięciu z soli peklującej i osiadania dla nadzianej kiełbasy. Jelita wieprzowe.


